Polecamy

Pobyt w szpitalu

2011-04-27

Karolina Malinowska

 

Zdarzają się w naszym życiu momenty, zwłaszcza kiedy zachoruje nam dziecko, że nie są nam straszne zmagania z nieprzespanymi nocami, kolki, płacze, ale choroba malucha, wtedy cały świat staje na głowie...

 

Nam przytrafiło sie zapalenie ucha i oskrzeli i dom przeniósł się na Niekłańską do szpitala dziecięcego. Już sam początek jakim jest przejście przez izbę przyjęć jest traumą. Obskurnie , masz wrażenie, że brudno, życzliwości personelu lepiej nie doświadczać i kompletnie skretyniała lekarka,która umieszcza Ciebie i Twoje dwumiesięczne niemowlę w sali, w której pali sie na fioletowo lampa bakteriobójcza. Zadaję więc pytanie PANI DOKTOR CZY TA LAMPA POWINNA SIĘ PALIĆ SKORO MAMY TU CZEKAĆ? yyy...CHYBA NIE słyszę w odpowiedzi i wychodzi. Mam ochotę ją uderzyć choć należę do osób spokojnych, zaciskam zęby i sama wyłączam szkodliwe światło.
 
Czekamy niezbyt długo na skierowanie, aby wykonać badanie rtg. Ruszamy w stronę pracowni zimnym korytarzem i czekamy w przeciągu, bo innej możliwości nie ma. Na szczęście lekarz wykonujący zdjęcie jest bardzo miły. Na opis czekam godzinę nadal w tym samym korytarzu z maleńkim dzieckiem. Jest. Czytam pospiesznie...ok. Płuca czyste. Wracamy do naszej" ulubienicy " na izbę. Tam przyjmuje nas laryngolog. Werdykt zostajemy. Wiesio ma różowe ucho i coś w oskrzelach. Jedziemy na 3 piętro i zostajemy przyjęci na oddział. Na początek badanie i ważenie. Kładę Wiesia na wagę. 4600g. Czekamy. Po chwili wchodzi jakiś technik i zaczyna majstrować przy wadze mówiąc, że jest źle wytarowana (jak sie pózniej okazało kolejne ważenia były bardzo rozbierzne i nie było wiadomo czy moje dziecko spadło na wadze czy nie, a ja szalałam z niepokoju, bo nikt tego wcześniej nie sprawdził) Mówię o tym pielęgniarce i pytam czy nie trzeba jeszcze raz zważyc malucha, odpowiedzi nie uzyskuje. Czekamy i trafiamy w ręce Pani Vce Ordynator. W końcu ktos miły i życzliwy... 
 
 
Pobyt w szpitalu jest dla matki czymś strasznym. Trzęsiemy się o zdrowie naszego maleństwa i nagle nic innego nie ma znaczenia. Cała nadzieja w tym, że znajdziemy w tej niedoli jakąś bratnią duszę. Mnie się udało - umieszczono nas na sali ze śliczną Izunią i jej mamą Basią. Na początku podchodzimy do siebie dość nieufnie, później jednak wywiązała się między nami nić przyjaźni. Zarówno Basia jak i jej mąż Karol okazali się wspaniałymi ludźmi. Nie musiałam martwić się, że nie będę miała na czym spać, bo od razu zaoferowali mi rozkładane krzesło, toczylismy długie inspirujące rozmowy i odliczaliśmy czas jaki pozostał do powrotu do domu.
 
Te długie 10 dni podczas których żyje się od wejścia pielęgniarki przez sprawdzanie temperatury, podawanie antybiotyków, zmiany wenflonu, inhalacje aż do 19.30 magicznej godziny, o której wszystkie mamy na oddziale zaczynają kąpanie i przygotowywanie się do snu. O 21 oddział śpi. Cały. Niesamowite jak inny rytm dnia zaczyna panować w naszej głowie. Przeszklone sale, wszyscy wszystkich obserwują, omawiają i dzielą się doświadczeniami .Na takim oddziale wszystkie dzieci są nasze. Myślisz o każdym z nich i martwisz się jakby było Twoje. Izabella wyszła do domu po wspólnie spędzonych 5 dniach, cieszylam się ich szczęściem (zwłaszcza, że w domu czekała na nią Ala siostra bliźniaczka), ale tez smuciłam, że zostaję sama. Zdążyłam się z nimi mocno zżyć.

Każdy dzień jest przez nas poganiany, aby jak najszybciej się zakończył, bo wtedy będzie o jeden krócej...o jeden szybciej do wyjścia.
 
A co do mojego synka, to był aniołkiem, którego zazdrościły mi wszystkie mamy (wcale się nie chwale :-) bo pięknie przesypiał noce i budził się tylko na jedzenie. Szybko wracał do zdrowia, ślicznie się uśmiechał i bardzo polubił grzechotki. Pokochałam go jeszcze mocniej. Najgorsza oprócz jego choroby była tęsknota za drugim synkiem...wiedziałam jednak ze trzeba zachować spokój, choć nie było to łatwe.

Na szczęście już jesteśmy w domku cali i zdrowi i bardzo dziękujemy całemu zespołowi oddziału PNiN, a szczególnie cioci Julce, którą Wiesio pokochał.
 
Kochane naprawdę wszystko przetrwamy i nie jesteśmy w tym same wystarczy uśmiechnąć się do kobiety, którą mijamy na szpitalnym korytarzu ...ona też jest mamą.

Polecamy